Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pan Tadeusz na nowo

Wersja do wydrukuWyślij mailemWersja PDF
Opis szkoły
Ogrodzony parkanem, jak było w zwyczaju,
Niedaleko ulicy, na plebanii skraju
Stał gmach stateczny, szary, lecz posprejowany:
Kolorowe graffiti pokrywały ściany,
Przyciągając gości kolorami swemi;
Widać, że się przez lata styl graffiti zmienił.

Gmach piętrowy, lecz krępy, nie bardzo ubogi
Wszak dla ucznia miał wygląd - jak to szkoła - srogi,
Gdy o siódmej trzydzieści - gdy poranne zorze
Wstają - biedak tam wchodzi, szepcąc cicho: Boże!

Teren szkoły niejednych napatrzył się cudów,
Przez pół wieku przyjmując całą masę ludu.
Bliski kościół Cystersów często dał schronienie
Tym, co ponad naukę przedkładali palenie.
Wielce była też słynna sala - aulą zwana,
Którą brać szkolna zwała - "świątynią ściągania".
Przyszła także nowinka technicznej natury:
To kamera, co uczniów filmowała z góry.
Tych, co oka kamery uniknąć się uda,
Wita w progu wciąż czujna, uśmiechnięta Trudzia
Co, jak fama po szkole od dawna się niesie,
Każe wracać tym uczniom, co przychodzą w dresie.

Właśnie własną gablotą zajechał uczeń młody;
I gablota, i uczeń przedniej są urody.
Gmach swym okiem obrzucił od piwnic po szczyty
I brwi uniósł, ujrzawszy najnowsze graffiti.
PIĄTKI dawno nie widział, bo w stypendium ramach
YFU odbył młodzian daleko - aż w Stanach.
Wbiegł po schodach, depcząc linoleum znane:
Wciąż te same obrazki ozdabiały ścianę
I akwarium to samo, gdzie się odzież wiesza,
Sekretariat, telefon, przy nim pani Wiesia.
W bibliotece - komputer, lecz panie te same,
Zawsze uśmiechnięte, uczniom dobrze znane.
Sklepik w ciemnym podziemiu, za załomem murku,
Gdzie bułki komponowano z sera i ogórków.

Nagle poczuł chęć dzwonka słyszeć terkot śliczny:
Ciśnie guzik, lecz dzwonek - już automatyczny!

Pokój nauczycielski
Pchnięty poprzez ciekawość, na przekór obawom
Skręca - pokój 14 bliziutko, na prawo.
Ciśnie klamkę, ta puszcza: drzwi się otwierają.
Wchodzi - tu uczniowie wszakże nie bywają.
Pusto, szereg dzienników jak w klatkach tygrysy
Prężą grzbiety, na ścianie plan lekcyi wisi.

Wtem dzwonek: niby serią strzelił z automatu!
Gwar, jakby kto wpuścił w niebo stado ptaków.
Już spodziewać się można tu przybycia grona -
Istotnie: właśnie wkracza najpierwsza persona.
Oto dyrektor Głuszczak - niby wiatr stepowy
Szybko wbiega, a za nią wciąż nowe osoby:
Prawa ręka tej pierwszej: dyrektor Kowalska,
Kroczy z werwą, tak jakby jej zagrali marsza.
Bonaparte przedmiotów - profesor Milewski,
Za nim modny jak zawsze Jacek Rześniowiecki
I Nowacka z Węcławską: obie się zaśmiały,
Widać, że dzisiaj dużo pałek nastawiały.
Potem Lilka Węgrzyńska, z filiżanką kawy:
To pozór, bo na lekcji - nie masz tam zabawy!
Kobuszewski Jan - biegiem. Po tym go poznali,
Że jeszcze przed momentem lekcje miał na sali.
I profesor Rakowska, dla grona - Bogusia:
Kto ją choć raz zobaczył - polubić już musiał.

Tłum się zrobił ogromny, zmieniają dzienniki,
Komentują swych uczniów cnoty i wybryki.

Opis dziennika
Niedostępny dla uczniów, okładką zawarty,
Kryje w sobie tajemne i złowieszcze karty,
Co szelestem dreszcz budzą wśród uczniów gromady -
Na tych kartach spisane ich nauki ślady!
Pierwsza idzie na lewo lista obecności:
Wśród numerów szeregu tam szczęśliwiec gości
Ten jedyny, któremu serce nie zamiera,
Gdy pytając - na listę tę belfer spoziera.
Potem kartki z frekwencją, gdzie czarno na białym
Widać jest, że czasami z lekcji uciekałem
Lub się pilnie zwalniałem, by pilnować siostry
(Siostra dawno się zalicza do pocztu dorosłych).
Na sam koniec, jak kruki, siedzą czarne znaki:
Stopnie, kropki, kółeczka, jakieś kreski, haki;
Bo profesorowie różnie zaznaczają,
Lecz rezultat jest jeden: i tak cię spytają.
Jedne wyglądają jak ułomne strzałki:
Tych tu nie brakuje, zwą się one pałki.
Z doświadczeń lat czterech wiemy często sami,
Że się lubią pojawiać całymi stadami.
Dwójki, trójki i czwórki, także piątki tłuste
Rzadziej się trafiają - a najrzadziej - szóstki.
Gładki szereg piątek - kompanija taka
Raz ostatni była gdzieś u Szczepaniaka.
Szóstki, jeśli wstecz tylko sięgniecie pamięcią,
Stawiał Krzyś Rześniowiecki, i to z miłą chęcią.
Te szkół bezcenne księgi, gdzie nauk wyniki
Piórem zapisywano - zowią się dzienniki.

Rada (pedagogiczna)
Już od szkoły powstania, czyli z dawnej pory,
Jest zwyczaj, że się na Radę schodzą profesory.
Szkoła pusta od uczniów. Drzwi mocno zamknięte,
Stoły stoją w podkowę ustawione pięknie.
Hałas cichnie powoli, choć mówiących wielu:
Właśnie weszła do sali szefowa Liceum.
Nad uczniami ta sprawa wisi niczym chmura,
Co ją będą omawiać - majowa matura!
Głos zabrał Jacek Pankrac, we świecie obyty,
Co włada angielszczyzną jak londyńczyk z City.
Przedstawił, jak się mają sprawy statystycznie:
Ilu uczniów zdaje, jak grupy są liczne.
Kobuszewski - człowiek rosły, spoglądając z góry,
Żal wyraził, że nie ma z WF-u matury!
A Krystyna Nowacka rozwiała znów plotki,
Że będzie odpytywać z budowy paprotki,
Co zazwyczaj stoi na stole komisji
(Choć nauczyciel różne może mieć pomysły).
Zaś profesor Romanik, siedząc przy stoliku,
Rzekła: "Bułki dla uczniów zapiec w piekarniku!
To zdrowo, gdy kanapki dobrze się zrumienią,
Jeśli zaś w nich ściągi - w popiół się zamienią!"
Padł też pomysł, by uczeń przed wejściem na salę
Zostawiał swą komórkę, zaś komórki szare
Zabierał razem z głową: tam mu się przydadzą!
O takich właśnie sprawach profesory radzą.
Żaden z nich nie pomyślał, jak cierpią uczniowie:
O ich drżących kolanach i bolącej głowie,
Nocach nieprzespanych, litrach nerwosolu
Wypijanych, gdy z książek uczą się pospołu.
Ci oprawcy okrutni gadali przy kawie
O naszej maturze, niczym o zabawie,
Rozpisując zestawy nad ranem, o świcie,
Jak cieśle, co ze spokojem stroją szubienicę!
A kiedy dzień Sądu nadszedł - wstały nasze katy
I jak pluton żołnierzy, stojąc równym murem,
Krzyknęli, aż echo poszło: "Hajże na maturę!!!"

Bitwa - czyli matura
O roku ów dwutysięczny, co w miesiącu maju
Rozesłałeś straszliwe wici w całym kraju,
Które nad "Piątkę" dotarły jak gradowa chmura,
Że się oto na uczniów szykuje matura!
Poprzedzona plotkami, co jak czarne ptaki
Kracząc, głośno coś wróżą - zowią się PEWNIAKI
I tak jak co roku to się zwykle dzieje,
Będą budzić po szkołach fałszywe nadzieje.
A uczniowie strwożeni w okopach ściąg, bryków,
Czekają na dzień Sądu bez pomocy znikąd.
Wreszcie ów dzień nadszedł: zakwitły kasztany,
A za skazańcami zamknęły się bramy
Tej szkoły, co ich cztery lata przygarniała;
Przepowiednia najgorsza ziścić tam się miała.

Z jednej strony tłum uczniów, z drugiej belfrów garstka:
Rześniowiecka, Kluk, Mucek, Paprocka, Kowalska
Oraz inni. Choć nasi w przewadze liczebnej,
Tamci broń mieli w tej kopercie jednej.
Zanim pieczęć załamano, kilku z nas omdlało
Lecz ataku, niestety, to nie powstrzymało:
Wreszcie tematy cztery jak cztery kartacze
Spadły na nasze głowy - zaczęliśmy pracę!
Pięć godzin bitwa trwała, atramentu morze
Wsiąkło w kartki z pieczątką. O, mój dobry Boże!
Ileż ściąg wróg przechwycił! Było ich bez liku
Pod krawatem, w mankietach, a nawet - w staniku!
Tam gdzie siedział Rzeczkowski, co serce ma miękkie,
Modlono się, by miał OCZY SZEROKO ZAMKNIĘTE.
Wreszcie, kiedy trzynastą wybiły zegary,
Oddawaliśmy kartki jak zwiędłe sztandary,
Kładąc stos pogrzebowy na suknie zielonym.
Tak pierwszy etap wojny został zakończony.
A kiedy po tygodniu wywieszono listy,
Tłum się rzucił, by stwierdzić, że - przeżyli wszyscy!

Matura ustna
Druga bitwa, co miała rozstrzygnąć o wojnie,
Zwana ustną maturą - nie biegła spokojnie!
Bo choć przy tej poprzedniej walka była sroga,
Tu trzeba było stanąć twarzą wobec wroga!
Tamtych troje zaś było: zbrojni w swe zestawy
Siedzieli pośród paprotek i zapachu kawy.

Wchodzi pierwszy nieszczęśnik, do stołu go proszą,
Mówią miło: "Odwagi!" i krzesło przynoszą.
On boczy się, chce odejść, to na drzwi spoziera,
Lecz widzi, że się w komisji niecierpliwość wzbiera.
Wreszcie profesor Skrago, chociaż niewysoka,
Wstaje, brwi marszczy groźnie, mierzy go spod oka
I mówi: "Mój mospanie, nie wyjdziesz, dopóki

Nie zdasz nam całej sprawy z czterech lat nauki!"
Natenczas uczeń chwycił na stole leżący
Swój zestaw: biały, długi, papierowy, drżący
Jak wąż boa. Oburącz do oczu przycisnął,
Temat pojął, aż westchnął, zakrztusił się, pisnął,
Zsunął w pół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha
I spisany na pasku swój temat - wydukał:
"Ponadczasowe wątki w PANU TADEUSZU".
Kiedy temat już dotarł do komisji uszu,
Uczeń przerwał i zamilkł. Wszystkim się zdawało,
Że czyta jeszcze, lecz jemu - tak serce pukało.
"Ponadczasowe wątki? Na przykład Soplica,
To jest taki alkohol, taka. śliwowica.
Przychodzi mi do głowy także Telimena.
Dom mody, polski, znany z dobrego odzienia.
I Robak - ksiądz w habicie, który celnie strzela,
Gra go Linda - współczesny synonim twardziela".
Wtem wzrok mądry napotkał, co się w duszę wrzyna:
To spojrzała na niego pani Lech Grażyna.
"Płytkie" - rzekła. "Nijakie, mierne i banalne!
To mass-mediów są właśnie zasługi fatalne!"
"A Polonez, co przetrwał do czasów studniówki?!"
Krzyczy uczeń, twarz krzywiąc w coś na kształt podkówki.
Łzę przejrzystą uronił: myślał, że się uda
Zmiękczyć serce komisji. "To jarmarczne cuda!" -
Woła pani Rzeczkowska z sali numer siedem.
"Wobec wiedzy tak nikłej postawmy mu - jeden!"
Szczęściem Jola Szatkowska, włos zgarnąwszy z czoła,
Szepce jej coś do ucha. Czy przekonać zdoła?
Tak, już pań polonistek gniew liców nie mąci:
"Twe szczęście" - pada wyrok. "Masz dopuszczający!"
Uczeń krawat jak powróz skazańca na szyi
Poluzował. Gdy wyszedł, wszyscy brawo bili!
"Ach, to był już ostatni! Patrzcie, patrzcie młodzi:
Może ostatni, co tak komisyję zwodził!"

Słońce już gasło, wieczór był ciepły i cichy,
A pod szkołą uczniowie wznosili kielichy
Z szampanem, co radośnie uderza do głowy.
Szampan był, rzecz jasna - bezalkoholowy.
Wtem jeden wszedł na podium (zrobione ze skrzyni)
I zawołał radośnie: "Chłopaki! Dziewczyny!
Wznieśmy swoje szklanice pod niebo, hen w górę,
Bo już mamy za sobą tę straszną maturę!
Mimo cierpień na auli, klasówek, sprawdzianów,
Testów, pytań, zaliczeń, nocy nieprzespanych,
Choć się przeciw nam zmówili dookoła wszyscy:
Profesory, kurator, a nawet ministry,
Myśmy dzielnie walczyli, niczym Bonaparte!
Wreszcie finał zwycięski, w końcu klasy czwartej
Zwieńczył lata wysiłku, a sztandary nasze
Łopocą znów swobodnie, sławiąc każdą klasę -
Niech nam teraz jaśnieje jutrzenka swobody!
Książki rzućmy i chodźmy - do Sopot, na lody!!!

Uczniowskie dopiski na marginesach plagiatu
Raptem pani Węcławska w pół słowa ucięła -
Z podróży licznych przecież doświadczenie wzięła!
Bo nie ma drugiej takiej (mówiąc między nami),
Która tak by kochała wycieczki z uczniami,
Zwłaszcza ze swoją klasą, i to za granicę!
(Tu rzekłby pan Milewski, że woli Krynicę
Lub względnie, acz z umiarem, rodzime Mazury -
Chociaż równie są piękne Piątki szkolne mury!)
Pani profesor Głuszczak wspomina tymczasem,
Że "my tu gadu-gadu, a maj już za pasem",
Prosząc przy tym o wnioski, w miarę konstruktywne,
Co do szans maturzystów. "Przecież to naiwne!" -
Westchnęła Zofia Zygmunt, ocierając oczy.
"Jak co roku, zapewne, wszystkich strach zamroczy!"
"Bo chemia rzecz niełatwa, boją się uczniowie!
Co innego niemiecki - o tym każdy powie,
Że prosty i przyjemny" - pani Dębczak woła
I, poparcia szukając, patrzy dookoła.
Wtem Renia Kobuszewska z tęsknotą wspomniała
Grecki nakaz harmonii rozumu i ciała.
Korytarzem przemyka szara eminencja -
Sołmaz Kiazimowa, jejmość ekscelencja.
Widok ten w uczniu wzbudził nie lada wzruszenia,
Bo lekcje angielskiego - to piękne wspomnienia!
Pan profesor Gawroński, chłop dużej postury -
To nasz najprawdziwszy wirtuoz klawiatury!
I mniejszy trochę Drzeżdżon, nazwisko którego
W dyktandzie wzbudza popłoch wciąż u piszącego;
Obaj szybko wpadają, lecz zaraz wychodzą -
Pracownia bowiem pusta, komputery chodzą.
Wchodzi też profesor Kluk z korytarza krańca;
Naucza geografii - oprócz tego, tańca.

Tu pani Rześniowiecka wśród uczniów się kręci
Wciąż miła; pałki wstawi - mimo dobrych chęci!
Profesor Ewa Dębczak z trwogą prorokuje,
Że w tym roku z pewnością będą same dwóje.
Lecz pani Kiazimowa, z duszą optymistki
I wiarą w swoich uczniów, uspokaja wszystkich,
Że bać się nie ma czego. Wtem - coś spokój psuje!
To profesor Paprocka kopertę wyjmuje.

Krzysztof Rześniowiecki